26 kwietnia 2018

(Nie)pracowitość Niemców

Mieszkając w Polsce nie raz w słyszałam dyskusje w mediach o rzekomym lenistwie Polaków. Przeróżni eksperci twierdzili, że wprawdzie są w Europie kraje z niższą liczbą godzin czasu pracy  niż w Polsce, ale w ostatecznym rozrachunku, to właśnie my mieliśmy wypadać na bardzo nieefektywnych pracowników. Bądźmy szczerzy. Każdy normalnie myślący i funkcjonujący człowiek wie, że nie da się przez 8 godzin pracować non stop na najwyższych obrotach. Niemniej kiedy porównam sobie, jak mi idzie załatwianie różnych spraw w Polsce, a jak w Niemczech, to poza nielicznymi przypadkami, jak np. kupno samochodu u sąsiadów za Odrą (opisane tutaj: Najcudowniejszy prezent), odnoszę wrażenie, że po dostosowaniu słynnej zasady Pareta Joseph Jurana do rzeczywistości niemieckiej wyglądałaby ona następująco: 10/5 (5% wkładu pracy by uzyskać 10% efektów). 


Naprawdę nie rozumiem na jakiej podstawie wspomniani na początku posta "eksperci" wydawali w wysłuchanych przeze mnie dysputach tak niepochlebne zdanie o (nie)pracowitości Polaków. Już w czasie moich studiów w Niemczech doszłam do wniosku, że załatwianie spraw urzędowych w Niemczech jest frustrujące, bo zazwyczaj wręcz niemożliwe. Godziny pracy wielu urzędów są absurdalne. I  tak od kilku miesięcy wisi mi nad głową jedna sprawa, ponieważ do urzędu można pójść tylko w określone trzy dni w tygodniu w godzinach od 9:00-11:00. Przeżyłam też na własnej skórze sytuację, że przyjście o 10:50 również jest bezcelowe, ponieważ urzędnicy są zdania, że przez ostatnie 10 minut ich pracy i tak się niczego nie załatwi. Stąd zamykają biuro nieraz już co najmniej 15 minut wcześniej. Byłby ten urząd chociaż do 13:00 otwarty, to bym już dawno temat zamknęła, a tak bujam się z nim. Sprawa nie jest na szczęście strasznie pilna, ale zaczyna mnie już irytować. Znajoma Hiszpanka zmuszona załatwić pewne sprawy urzędowe w Niemczech, skwitowała: "Wiesz co Kasia, w Europie to my mamy opinię nierobów. A jak nazwać w takim razie w Niemców? Z kilkumiesięcznym dzieckiem jest to niemały problem dostać się na drugi koniec miasta do godziny ok. 10:30. Zanim je nakarmię, umyję, przebiorę, bo mi albo zwymiotuje, albo zrobi kupę, to już jest prawie 11:00. A co robią urzędnicy przez resztę dnia?" 
Tak się składa, że mamy znajomą pracującą jako urzędniczka i nam opowiedziała, co z kolegami porabia przez resztę dnia: "Szczerze? To my się nie przepracowujemy. Oczywiście są okresy bardzo intensywnej pracy, kiedy upływa termin składania jakiś deklaracji itp., a poza tym to naszym głównym zajęciem jest zbieranie kasy dla kolegów na ich prezenty urodzinowe, a potem to świętowanie tych urodzin i tak w kółko. Dużo nas, więc co chwila znajdzie się powód do kawki z ciastem."



Ostatnio Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż widząc, jak od 1,5 m-ca nie mogę uzyskać zwykłej informacji w innym, niż wspomniany wyżej urzędzie, wpadł w szał i zaczął wrzeszczeć, że Niemcy bez swojego przemysłu samochodowego, to pewnie by na drzewach siedzieli i kijami w nie walili. Trochę przedramatyzował, ale czasami faktycznie sama się pytam, jakim sposobem kraj ten ma tak silną pozycję gospodarczą w świecie przy tak niskiej motywacji ludzi do pracy. Wspomniany urząd ma wprawdzie sensowniejsze godziny pracy (pracują nawet w soboty-wow!), co jednak wiele mi nie pomaga, bo aby cokolwiek w nim załatwić należy mieć umówione spotkanie. I o to się wszystko rozbija. Umieszczona w urzędzie kartka z numerami telefonów i emailami do poszczególnych działów zawierała niewłaściwe dane. Adres email był nieaktualny, o czym informowała mnie każda zwrotna wiadomość, telefonu nikt nie odbierał. Osobiście terminu wizyty ustalić nie można... Jestem uparta i w końcu dobiłam się do właściwego adresu email. Co z tego, jak na moje zapytanie nie dostaję odpowiedzi? Spróbowałam w końcu obdzwonić wszystkie pokoje, a nie tylko ten, w którym siedzi (podobno - bo może to po prostu jakiś fantom?) - facet odpowiadający za sprawy obywateli, których pierwsza litera nazwiska odpowiada mojej. Nic z tego. Nikt nie podniósł słuchawki. Zadzwoniłam w końcu na tzw. "Telefon Obywatelski", gdzie można dostać informację na różne tematy. Na moją informację, że od 2 tygodnii próbuję skontaktować się z jakimkolwiek pracownikiem danego urzędu pani odpowiedziała mi: "Są chorzy." "Wszyscy?!!" "Tak." No jakaś epidemia normalnie... Chciałabym zobaczyć w Polsce taki urząd, gdzie przez 2 tyg. wszyscy są chorzy...

Czy tylko tak źle jest w urzędach? Niestety nie. Na wolnym rynku sytuacja przedstawia się wprawdzie już nie tak tragicznie, ale dostatecznie często dość nieciekawie. W poście Niemieckie alternatywy 4 pisałam, że Niemcy cenią swój czas. Ma to swoje dobre i złe strony. Co mi się podoba, to wypracowany szacunek dla czasu i planów zleceniobiorcy. W Polsce ciągle momentami w chory sposób rozumiany jest zwrot "klient nasz pan". Ile to razy moja kosmetyczka wyżalała mi się, że jakaś klientka nie przyszła na umówioną wizytę, a ona mogła kogoś innego na ten termin wpisać. Jeszcze w gorszej sytuacji bywają budowlańcy, do których na krótko przed rozpoczęciem remontu dzwoni klient z informacją, że znalazł sobie kogoś innego. Kompletnie niepoważne zachowanie i niemożliwe w Niemczech. Po przekroczeniu pewnego terminu wszelkie rezygnacje z usługi są obarczone stosownymi kosztami. Gorzej za to wygląda sytuacja w drugą stronę. O wiele częściej niż w Polsce miałam sytuację, że umówiony fachowiec nie pojawił się, a gdy już taki przyjdzie... to bardzo pilnuje, żeby się nie przepracować (przypominam chociażby historię instalacji termy: Polen am Bau - historia pewnej termy) i by czasem nie przekroczyć o minutę swoich godzin pracy. Z przerażeniem obserwowałam malarza malującego naszą klatkę schodową. Jak mucha w smole obklejał przez tydzień poręcze itp., a potem już podczas samego malowania punkt o 16:00 odkładał na podłogę trzymany w ręce pędzel i szedł sobie. Byle nie zostać o minutę dłużej w pracy. Na klatce walały się pojemniki z farbą, nieumyte pędzle, nie przeszkadzało mu, że zostawia pomalowaną tylko w połowie poręcz (kwestia 2-3 min. i byłaby do półpiętra, czy piętra skończona). Za to bardzo pilnował, żeby podczas przerwy obiadowej przesiedzieć na schodach 45 min., nawet jak już nie miał nic do jedzenia, czy picia. 

Klatka schodowa w trakcie malowania. Aby było ciekawiej, to wspomnę, że przed malowaniem ścian wycyklinowano i polakierowano podłogę. Tyle w temacie sensownego planowania zadań.



Mogłam i obserwować pracę Polaków, czy Ukraińców, którzy nieraz po 10 h na dzień pracowali i do tego jeszcze nie robili sobie wolne w soboty. Takie są przynajmniej moje doświadczenia zarówno z Polski, jak i z Niemiec. 
W marcu byłam w Polsce. W Wielki Piątek musiałam odnieść zleconą mi pracę, a jednocześnie sama odbierałam z innej firmy rzecz, której wykonanie im zleciłam. W Niemczech nikt by nie kiwnął tego dnia palcem. Pracująca w Warszawie  w międzynarodowej korporacji przyjaciółka od lat jest w pracy 03.05, bo jest to termin zamykania księgowości i nie ma "zmiłuj się", bo Dzień Konstytucji. W Niemczech pracodawca mógłby o takim pomyśle zapomnieć. Tutaj bardzo wiele gabinetów lekarskich, sklepów, firm zamyka się na tydzień przed, a czasem i na tydzień po feriach szkolnych, nawet jeśli owe ferie to tylko 2 dni... Nagle wszyscy zgłaszają aspiracje do życia według szkolnego kalendarza.

Będąc w środku niemieckiej rzeczywistości mam czasami wrażenie, że żyjemy w Polsce kompleksami, które nam jacyś idioci wmówili. Oczywiście nie jesteśmy idealnym narodem. Mamy swoje wady, odbicia, jak i inni. Kiedy jednak sobie pomyślę o samobiczowaniu  naszego społeczeństwa, jakiego wysłuchiwałam nie raz w polskich mediach i gdy porównuję sobie to z wieloma programami, w tym wypadku głównie telewizyjnymi, u naszych zachodnich sąsiadów "Niemcy, jacy my jesteśmy cool.", to dochodzę do wniosku, że obydwa narody mają momentami dość skrzywiony obraz o sobie. Polacy żyją w wiecznym poczuciu, że muszą dogonić Zachód i tamtejsze standardy, a Niemcy wierzą, że te standardy mają, podczas gdy w moim odczuciu, nawet jeśli one kiedyś istniały, to przynajmniej w niektórych sferach życia i gałęziach gospodarki były, zdechły, rozłożyły się. Prawda, jak zwykle leży gdzieś po środku. Dobrobyt rozleniwia i im bardziej podniesie się standard życia w Polsce, tym więcej z tego "lenistwa" zaczniemy i my korzystać. Czy to coś złego? Życie jest jedno i nie dla pracy żyje człowiek, ale z drugiej strony, jak już się czegoś ktoś podejmuje, to powinien to moim zdaniem wykonać profesjonalnie, bez bumelowania. 

Czy Polakom uda się zachować zasadę złotego środka? Czas pokaże. W moim osobistym odczuciu patrząc na całościowy obraz Niemców Zachodnich, bo oczywiście nie można generalizować i zapominać, że i wśród nich są ciężko pracujące jednostki, to  się nie udało. Za to podobnie to dzisiejszej polskiej rzeczywistości wygląda za to sytuacja w byłych Niemczech Wschodnich z tą różnicą, że jak już ktoś naprawdę nie może lub nie chce znaleźć pracy, to dostaje na tyle dobry socjal, by sobie spokojnie żyć. Nie motywuje to do działania, wręcz przeciwnie.

22 lutego 2018

Nie wyjdziesz stąd żywa k...wo

Kochani, dziś kolejny post z serii "Moje wpadki w Niemczech". Było już o tym, jak w bardzo przykry sposób przejechałam się w Niemczech na ludziach, o których myślałam, że przyświeca nam ten sam cel szerzenia wiedzy o Polsce i pracy na rzecz dobrych polsko-niemieckich relacji (tutaj). Było też o śmiesznej wpadce z buziakiem (tutaj), a dziś opowiem Wam historię, która przez moją niewiedzę i głupotę mogła kosztować mnie w najgorszym wypadku życie.


W dzisiejszej, rozerwanej emocjonalnymi dyskusjami o przyjmowaniu uchodźców, Europie większość z nas wie, że w różnych krajach aktywne są bardziej lub mniej grupy nacjonalistyczne. W tym kontekście różne media poświęciły także sporo uwagi niemieckim neonazistom. Chyba nie ma już człowieka na naszej szerokości geograficznej, który nie wiedziałby o ich istnieniu. Możecie zatem się dziwić, czy wręcz uznać mnie za głupią gęś, gdy napiszę, że przyjeżdżając w 2005 roku do
Niemiec na studia ja nic o nich nie wiedziałam. Był to chyba czas pewnego wyciszenia ich wariactw pierwszych lat po zjednoczeniu Niemiec. Jakby zlegli gdzieś w cieniu. Dużo się o nich nie mówiło w życiu publicznym, a i na uniwersytecie bardziej tłukliśmy gramatykę historyczną języka, czytaliśmy tonami książki niemieckojęzycznych autorów, czy siedzieliśmy w zapyziałych czasach dziejów niemieckiego narodu, za to żaden z wykładowców nie puścił pary z ust o współczesnym problemie naszych zachodnich sąsiadów: ludziach, którzy za wszelką cenę chcieli kultywować dalej ideę Hitlera. Toteż, gdy przyjechałam do Niemiec czułam się tam stosunkowo bezpiecznie, zwłaszcza, że czas mojego zagranicznego stypendium przypadł na krótko po napadzie z pobiciem, którego ofiarą padłam w Polsce. Nie długo musiałam czekać, by poznać nieprzyjazną dla obcokrajowców twarz naszego zachodniego sąsiada.

Na stypendium wylądowałam w Magdeburgu, ówczesnym zagłębiu neonazistów. Zresztą i dziś jest ich tam całkiem sporo. Lubią zbierać się wieczorami na dworcu. Niecałe dwa miesiące po moim przyjeździe do Niemiec wybrałam się z kilkoma zagranicznymi studentami na wspólną wycieczkę do Lubeki. To był piękny dzień pełen fantastycznych wrażeń. Lubeka jest ślicznym miastem i wracaliśmy cali podekscytowani po naszym wypadzie. Niedaleko Magdeburga wsiadł do pociągu łysy, ubrany na czarno koleś. Miał ze sobą ogromnego psa. Usiadł po przekątnej ode mnie i wkrótce zaczął mnie zagadywać w niezwykle romantyczny sposób:
- E! Niezła d... z ciebie. Zerżnąłbym cię.
Tekst, na który każdej kobiecie miękną nogi, ale nie w taki sposób, w jaki facet próbujący zaciągnąć ją do łóżka by sobie życzył. Ja i moi współtowarzysze podróży siedzieliśmy cicho jak myszy pod miotłą. Koleś nie rezygnował i raczył mnie dalej swoimi niewybrednymi "komplementami". W końcu zaczął się denerwować, że go ignoruję.
- Myślisz, że jesteś kimś lepszym? Zobaczymy, co powiesz jak cię zaspokoję.
Przerażona po usłyszeniu takiego tekstu popełniłam fatalny błąd. Jako że mało wiedziałam o neonazistach nie rozpoznałam małych szczegółów, które wskazwały na przynależność mojego nowego adoratora do radykalnej sceny prawicowej. Uznałam po prostu, że to jakiś naćpany skinhead, pomyślałam więc, że gdy usłyszy mnie mówiącą w obcym języku, zajarzy, iż go po prostu nie rozumiem i się ode mnie odczepi. Na głupszy pomysł nie mogłam wpaść. Gdy tylko wypowiedziałam pierwsze zdanie po polsku do koleżanki ze studiów rozpętało się piekło. Koleś wpadł w szał:
- Ty zagraniczna jeb.. k...wo! Ja ci k...wo pokażę, gdzie jest twoje miejsce! Żywa stąd nie wysiądziesz!
W pociągu, na krótko przed spotkaniem absztyfikanta-noenazisty
Wszyscy struchreliśmy, a do mnie dotarło, z kim  mam do czynienia i jak katastrofalną decyzję podjęłam odzywając się w ojczystym języku. Jego złość podsycał przecież fakt, że dopiero co chciał tą jeb... zagraniczną k.. zerżnąć. Koleś wstał, podszedł kilka kroków w moją stronę, zacisnął w pięść jedną dłoń i puścił na mnie swojego psa. Pies był olbrzymi. Jego pysk był na wysokości mojej twarzy. Zatrzymał się tylko kilka centymetrów od niej. Cały czas warczał, a koleś wydawał mu dziwne polecenia, które brzmiały jak zaklęcia. Moi współtowarzysze podróży też znieruchomieli. Każdy bał się ruszyć, żeby nie wyprowadzić z równowagi warczącego mi przy twarzy psa. Szczerze mówiąc nie pamiętam zbytnio, co się dalej wydarzyło. Ze strachu mnie sparaliżowało. Siedziałam jak kamienny  posąg. Biorąc pod uwagę obecność psa było to chyba w tamtym momencie najmądrzejsze zachowanie. Przez głowę przewalały mi się tylko myśli, czy on chce mnie tu teraz pobić na śmierć, czy dać na pogryzienie swojemu psu, czy po prostu wyrzucić z jadącego pociągu. Pamiętam jak przez mgłę jakieś szarpanie i jak koleś na kolejnej stacji w obecności jakiegoś funkcjonariusza opuszcza ze swoim olbrzymim psem nasz przedział. W pociągach niemieckich jeździ nieraz policja, żeby reagować w podobnych przypadkach. To chyba byli oni. Nie wiem, jak wróciłam do akademika. Nogi się pode mną uginały. Znajomi mówili mi, że przez trzy kolejne dni byłam blada jak ściana.

Potem okazało się, że nasz akademik był niemalżem miejscem "survivalowym". Przy wejściu nie było żadnego portiera, więc każdy z ulicy mógł do niego wejść. Magdeburscy neonaziści wiedząc, że mieszkali w nim głównie obcokrajowcy składali chętnie jego mieszkańcom nieoczekiwane wizyty. Kryli się po zakamarkach i napadali na swoje ofiary. Podobno kilka osób trafiło w ciężkim stanie do szpitala. Nieraz organizowali "tylko" akcje straszenia. Gdy jakaś osoba czekała na windę wychodzili z ciemnych kątów, otaczali ją i zaczynali tupać swoimi ciężkimi buciorami. Poza nimi po naszym akademiku kręcił się na klatce schodowej jakiś fetyszysta, który czatował tam na kobiety i łapał je za stopy. Już w pierwszym miesiącu mojego pobytu jakąś dziewczynę zgwałcono pod wspólnymi prysznicami. Potem jacyć Turcy próbowali zgwałcić jedną z Polek w windzie. Windą jeździł też nieraz jakiś facet, który próbował wciągnąć do niej samotnie czekające na piętrze dziewczyny. Czego chciał nie wiem, bo wszystkim, które na niego natrafiły, udało się na szczęście wyrwać. W kwietniu z 15-ego piętra naszego akademika wypadła dziewczyna. Chodziły słuchy, że ktoś jej w tym dopomógł. Później nam powiedziano, że było to rzekomo samobójstwo. Dlaczego piszę "rzekomo"? Bo krótko po tym, pewnego majowego dnia na naszym piętrze jakaś dziewczyna rozpaczliwie błagała o pomoc w ucieczce przed goniącym ją z nożem facetem.
Miałam wrażenie, że mieszakm w jakimś Bronxie. Władze uczelni jakby w ogóle nie interesowało, co się dzieje w miejscu, które nam przydzieliły do mieszkania. Stypendium było tak niskie, że nie stać mnie było na wynajęcie sobie gdzieś indziej jakiegoś pokoiku. Wychodziliśmy więc z pokoju z gazem pieprzowym w jednej ręce i z postawionymi na sztorc kluczami między palcami w drugiej. 
Gdy podczas przerwy międzysemestralnej większoć studentów z mojego piętra wyjechała zostawiając mnie niemalże samą, czułam się średnio komfortowo. Zawału serca omal nie dostałam, gdy dowiedziałam się wówczas przez przypadek, że każdy z nas swoim kluczem może otworzyć każdy inny pokój przynajmniej na danym piętrze(!). Od tamtego czasu co wieczór podstawiałam pod klamkę krzesło, a dalej tarasowałam wejście komodą. Spałam z nożem przy łóżku. Nieraz słyszałam buciory neonazistów w środku nocy. 

Także na ulicy zachowywaliśmy się inaczej od opisanego zdarzenia  w pociągu. Staraliśmy się w ogóle ze sobą nie rozmawiać. Zwłaszcza po zmierzchu komunikowaliśmy się sygnałami. Taką radę dali nam niemieccy studenci. Ostrzegli nas, że nawet mówiąc po niemiecku  nie jesteśmy bezpieczni, bo akcent może nas wydać.
- Lepiej chodźcie w milczeniu. - podsumował jeden z kolegów z seminarium.
Pamiętam, że wtedy pomyślałam sobie, że nie chciałabym żyć na stałe w kraju, gdzie nie mogę na ulicy swobodnie rozmawiać. Chyba był to jeden z powodów, dlaczego Najcudowniejszy  Pod Słońcem Mąż potrzebował aż 6 lat, aby sobie mnie "wywalczyć".

Neonaziści w takiej formie, z jaką zostałam tamtego pamiętnego dnia skonfrontowana w pociągu, to problem głównie byłych Niemiec Wschodnich. Nie znaczy to jednak, że na terenie byłych Niemiec Zachodnich żyją sami tolerancyjni ludzie. Neonazizm ma tutaj inne oblicze. Przyjaciele Niemcy zaserwowali mi całe szkolenie, jak rozpoznać człowieka o prawicowo radykalnych poglądach. Teraz wiem, że widząc na ulicy kolesia w militarnych butach z białym sznurowadłami, najlepiej trzymać się od niego z daleka. Ci z czerwonymi sznurowadłami wpisują się w ruch lewicowy, więc nie trzeba na ich widok panikować. Wiadomo łańcuszki z młotem Thora, nie wspominając o swastyce to też znaki rozpoznawze, przy których powinien się nam włączyć alarm 10-go stopnia. 
ZAwieszka "młot Thora" -  zdjęcie jednej z ofert na allegro.de
Gorzej rzecz się ma z tzw. ukrytymi neonazistami. Oni są typowi dla byłych Niemiec Zachodnich. To często porządnie ubrani ludzie na wysokich stanowiskach, którzy nieraz, jak mi wytłumaczono, z ukrycia kierują bandami. To też nieraz przeciętni mieszkańcy wyglądający na normalnych ludzi, a reprezentujący poglądy zgodne tudzież zbliżone do neonazistowskich. Trzeba świetnie znać język niemiecki, żeby wyczuć niuanse w dobieranym przez nich słownictwie. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż oraz moi inni niemieccy przyjaciele zrobili mi taki kurs językowy i wierzcie mi, spotkałam ludzi  posługujących się zdradzonym mi kodem. Tym bardziej wkurzają mnie nieraz wywiady w polskiej telewizji z jakimiś pożal się Boże ekspertami, którzy w całej swojej aurze siedzą w studiu i opowiadają, że tereny Niemiec Zachodnich są praktycznie wolne od neonazistów i tam ludzie są kompletnie otwarci na migrantów. Niestety tak kolorowo to się nie przedstawia. Są tam ludzie, którzy koniecznie chcą zmyć niechlubą historię Niemiec swoją otwartością, obok nich są ludzie sceptycznie nastawieni do polityki Angeli Merkel, są też ludzie, którym to obojętne i na koniec są ludzie, którzy migrantami  pogardzają jako ludźmi gorszej kategorii, tylko nie napadają na nich z maczetą na ulicach, jak to czynią afiszujący się neonaziści. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż powiedział kiedyś, że "zachodnioniemiecka" forma neonazizmu jest o wiele badziej niebezpieczna, bo wrze pod powierzchnią i nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Zgadzam się z nim. W takim codziennym życiu łatwiej funkcjonuje się oczywiście na terenach byłych Niemiec Zachodnich. Tu prawdopodobieństwo spotkania neonazisty, który zechce cię za twoje pochodzenie spałować jest mniejsze niż na terenach wschodnioniemieckich. Gorzej, gdyby pewnego dnia czara goryczy wobec obcokrajowców miałaby się tu jakoś rozlać. Nagle mogłoby się okazać, że ten miły sąsiad z naprzeciwka nienawidzi cię z całego serca.

EPILOG
Dzień Mężczyzn w Niemczech. Jest słonecznie. Pod klatkę podjeżdża samochód transportowy. Wysiada z niego dość młody, dobrze zbudowany mężczyzna. Na siedzeniu pasażera siedzi około dziesięcioletni chłopiec. Czekam podekscytowana. To ja znalazłam ofertę tego faceta na portalu z ogłoszeniami. Piękna secesyjna szafa, którą wystawił na sprzedaż za chwilę stanie się naszą własnością.
- Ach! To przykre, że w swoje święto, gdy wszyscy mają wolne [Dzień Mężczyzn w Niemczech jest obchodzony w Dniu Wniebowstąpienia Pańskiego], Pan pracuje.
- Takie życie, niestety dodatakową pracę mogę wykonywać tylko w dni świąteczne. - milknie, po czym po chwili dodaje - Ale syn mi towarzyszy. Przynajmniej w taki sposób spędzę z nim trochę czasu.
- Widzę, że ładnie ułożony chłopiec.
- Staram się. - uśmiecha się bardzo delikatnie.
Jeszcze krótką chwilę rozmawiamy. Choć go nie poprosiłam, sam bierze poszczególne części szafy na bary i wnosi ją nam. 
- Skarbie, pomóż proszę Panu. - proszę Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża.
Po rozliczeniu podaje mi rękę, wsiada do samochodu i odjeżdża.
- No to kupiliśmy szafę od neonazisty... - komentuje Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż.
Prawie się zachłystuję. 
- Jak to?!
- Jego tatuaże wszystko mówiły.
Cholera. Tych nie studiowałam dokładnie. Miał tak obtatooowaną rękę, że ciężko było się w tych ślimaczkach rozeznać.
- Jezu, to on nie napluł na mnie, tylko mi podał nawet na koniec rękę, a po akcencie to mnie tu każdy za Francuzkę bierze! Zaraz padnę. Ciekawe, czy był dla mnie miły, bo fazę napadania na ludzi z pałą ma już za sobą, czy w swoim pomiataniu obcokrajowcami robi wyjątek dla tych, na kórych zarabia kasę?

Wniosek: muszę się jeszcze lepiej doszkolić z rozpoznawania neonazistów, bo rozpoznanie takowego, to rozpoznanie potencjalnego niebezpieczeństwa.

31 stycznia 2018

Soczysty buziak

Wracając do serii "moje wpadki w Niemczech" opowiem Wam dziś raczej śmieszną historię o tym, jak się raz skompromitowałam przy - rzeczy można by rzec banalnej, a mianowicie - powitaniu.
Niby Niemcy to żadne Chiny czy Japonia, gdzie przywitanie kogoś obwarowane jest całą masą zasad. Niby jestem germanistką, którą dodatkowo na drugich studiach z komunikacji w biznesie międzynarodowym bombardowano analizami rytuałów powitania i żegnania się w różnych kulturach, a jednak w ostatecznym rozrachunku walnęłam w Niemczech babola można by rzec "na dzień dobry".



Niemcy są w porównaniu do nas narodem dość zdystansowanym i oficjalnym. Tyle wiedzy jeszcze posiadałam, gdy wylądowałam u naszych sąsiadów za Odrą. Tytuł w Niemczech (zwłaszcza byłych Zachodnich) to rzecz niemalże święta. Do tego stopnia, że część Niemców w emailu do kina informującym o chęci rezerwacji biletów wstawia przed swoim nazwiskiem swój tytuł naukowy. Ja też nieraz parskałam śmiechem, gdy w przeszłości dostawałam listy turystów grupy rowerowej, jaką miałam poprowadzić, z adnotacjami o ich habilitacjach itp. Informacja kompletnie zbędna dla mnie jako pilota. W ich miejsce wolałabym mieć dane kontaktowe na wypadek, gdyby turysta nie stawił się na spotkanie grupy. Taka wiadomość była za to ich zdaniem niejednokrotnie nieistotna. Są w Niemczech bowiem ludzie, którzy naprawdę oczekują, że będzie ich się przy każdej okazji stosownie tytułować. I tak może się zdażyć, że sąsiad z tytułem doktora w dziedzinie matematyki na powitanie "Dzień dobry Panie Meier" będzie obruszony, że nie powiedziało się "Dzień dobry Panie doktorze.". 

Czego nie byłam świadoma po przyjeździe do Niemiec, to fakt, iż rezygnacja z obnoszenia się jak paw z własnych choćby pseudotytułów też może spowodować problemy. Gdy zaczęłam prowadzić zajęcia na Volkshochschule (w szkole pełniącej niejako funkcję naszych domów kultury - oferowane są tam kursy z przeróżnych dziedzin), sekretarka za każdym razem witała mnie z uniżeniem "Dzień dobry Pani profesor". Choć socjalizm liznęłam tylo jako mała dziewczynka, to chyba jestem jego dzieckiem bardziej niż sama bym przypuszczała. Wkurzało mnie, że koledzy z sekretariatu czołobitnie odnosili się do prowadzących zajęcia, podczas gdy sprzątaczki potrafiły pozostać niezauważone. Podobne relacje oparte na niepisanej hierarchii poszczególnych stanowisk zaobserwował Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż w swojej pracy. 
Na każde powitanie, w którym przyczepiano mi tytuł pani profesor próbowałam tłumaczyć, że na  uniwersytecie się go nie dorobiłam, a pomijając już ten fakt, gdybym nawet go miała, to Volkshochschule ze światem akademickim za wiele wspólnego nie ma. Ja chciałam pokazać moją równość z kolegami chociażby z takiego sekretariatu, jednak zamiast uznania zbierałam raczej spojrzenia dezaprobaty.
"Kochanie, Ty jeszcze nie zrozumiałaś. Gdybyśmy byli w byłych Niemczech Wschodnich ludzie pokochaliby Cię za takie podejście. Zresztą  tam by się raczej nikt w takie cyrki z tytułami nie bawił. My znajdujemy się jednak w byłych Niemczech Zachodnich, gdzie po dziś dzień przetrwało społeczeństwo burżuazyjne. Tu część ludzi zgłosiła się do pracy na VHS właśnie dla tego tytułu." wytłumaczył mi  Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż. Wybałuszyłam oczy. "Ale co im po tytule, który nic nie jest wart?!". "W czyiś oczach stoją w hierarchii wyżej niż inni i dzięki temu czują się ważni." usłyszałam w odpowiedzi.

Po takiej lekcji "Landeskunde" (wiedzy o kraju) nie zdziwiły mnie już pisma urzędowe, w których urzędniczki podpisywały się swoim hrabiowskim tytułem tudzież tytułem baronowej. Co nie zmienia faktu, że tego  typu pisma po dziś dzień wywołują u mnie spazmy śmiechu.
Zdjęcie Poldeh e.V.
Problem w tym, że jako osoba pochodząca ze słowiańskiego kręgu kulturowego mam czasami rzeczywiste problemy w odróżnieniu niemieckiej oficjalności od niemieckiej bliskości. Koszmarem był zawsze dla mnie start kursu tańca, na który chodziliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem. Wszyscy podawali sobie sztywno ręce jakbyśmy spotkali się  na jakiejś cholernie ważnej konferencji. Rezygnacja z rytuału potrząśnięcia każdemu dłoni byłaby niegrzeczna, więc ją odbębniałam bez większego entuzjazmu. Któregoś dnia westchnęłam przed wejściem do szkoły tańca, że znowu czeka nas runda "politycznych uścisków". Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż odrzekł: "Ależ oni demonstrują w ten sposób zżycie z nami." Prawie się zachłysnęłam własną śliną, ale zaraz potem pomyślałam o mojej niemieckiej cioci, która bardzo mnie lubi, ale nawet kilka lat po moim ślubie z jej bratankiem na każde powitanie wyciąga do mnie rękę w geście, jakbyśmy dopiero co się poznawały. To ja zawsze w odpowiedzi obściskuję ją tak "po polsku". "Porównując poznanych w Polsce na lekcjach tanga ludzi, to ciepło bijące z tutejszych uścisków aż mnie parzy." nie mogłam sobie jednak darować zgryźliwego komentarza. Nad Wisłą fakt, że uczysz się z innymi tanga stanowił przepustkę, aby nawet do osób starszych od nas o 30-40 lat mówić po imieniu. Ciągle mnie poprawiali, gdy zwracałam się do nich na "Pan/Pani" i przypominali, że przecież jesteśmy jedną "tangową" rodziną. Powitania i pożegnania stanowiły zaś jedną wielką falę objęć i buziaków. Niemieckie potrząsanie dłoni wypadało dość blado na tym tle.
Dlatego też, gdy pewnego dnia spotkaliśmy się ze stosunkowo nową koleżanką oraz jej mężem na lody włączył mi się automatycznie "polski tryb", gdy ten zrobił gest jakby do objęcia na przywitanie. Na pierwszych imprezach organizowanych przez kolegów z pracy Najcudowniejszego Pod Słońcem Męża mało kto chciał ze mną rozmawiać. Byłam obca i tyle. Dopiero, gdy rozmówcy dowiadywali się, że "przynależę" niejako do ich kolegi z pracy nie uciekali po pierwszych trzech zdaniach, tylko po sześciu. Teraz już wiem, że na Niemcy Północne wykazywali się i tak niezwykłą rozmownością (im dalej w kierunku Hamburga, tym ponoć gorzej), dla mnie jednak próba zawarcia nowych znajomości na początku mojego pobytu w Niemczech była porównywalna z orką na ugorze. Toteż, gdy podczas któregoś z kolei spotkania ze wspomnianą parą mąż Caro nachylił się w moją stronę do powitania, radośnie uznałam, że chyba wreszcie mamy za sobą etap "oglądania się przez szybę" - jak go nazwałam - i przyszedł czas na "ludzkie" przywitanie. W ocenie sytuacji, że wchodzimy w nowy etap naszej znajomości nie pomyliłam się. Gilbert faktycznie chciał mnie objąć, tylko że... po niemiecku. Podczas gdy my, Polacy, rzucamy się sobie na szyję tudzież wymieniamy pseudocmoknięcia w policzek, niemieckie (naprawdę ciepłe) powitanie to objęcie "na krzyż" z lekkim poklepaniem po plecach. Co znaczy "na krzyż"? Jedną rękę przekładam pod pachą witanego, drugą przekładam nad ramieniem. Witany robi to samo. Ja tego gestu wtedy jednak nie znałam i nachyliłam się do polskiego powitania z pseudocmoknięciem w policzek. Cały ambaras w tym, że Gilbert pochylając się na niemiecką modłę miał na innej wysokości głowę niż oczekiwałam zakładając, że wita się ze mną w taki sam sposób, w jaki witają się ludzie w Polsce. W efekcie wylądowałam swoimi ustami centralnie na jego szyi i w pierwszej chwili z zaskoczenia tak mnie zamurowało, że zanim odkleiłam się od niej minęło kilka chwil. 
Nie jestem osobą pruderyjną, ale będąc świadoma, jak dużo czasu Niemcy na północy kraju potrzebują, by zdobyć się na trochę bliższy kontakt, wiedziałam, że rzucanie się z pocałunkami na czyjąś szyję przy pierwszej lepszej okazji nie należy do dobrego tonu. Przez pół dnia chodziłam czerwona ze wstydu z wbitymi w chodnik oczami i ledwo co mogłam z siebie wydusić tego dnia. Dopiero Caro dowiedziawszy się o przyczynie mojego zawstydzenia podsumowała, iż jest przekonana, że jej mężowi takie "polskie" przywiatnie bardzo przypadło do gustu:)

15 grudnia 2017

Najpiękniejszy Weihnachtsmarkt



Co roku w listopadzie wyglądam z niecierpliwością grudnia, a gdy ten nadejdzie zakochuję się niezmiennie w niemieckich jarmarkach bożonarodzeniowych i całej przedświątecznej atmosferze, jaka wtedy króluje w Niemczech. W tym roku udało mi się wreszcie zrealizować coś, na co od lat miałam ochotę, tylko w wypełnionym po brzegi kalendrzu adwentowym brakowało mi już czasu - pojechałam na Weihnachtsmarkt do Quedlinburga. O tym przecudnym miasteczku wspominałam już w poście "8 miejsc, które warto odwiedzić w Niemczech Środkowo-Północnych. Gdy się w nim prawie 12 lat temu zakochałam, nie wiedziałam, że piękne o każdej porze roku staje się szczególnym miejscem zimą. Quedlinburg wypracował sobie bowiem w ostatnich latach opinię "Miasta adwentu" z jednym z najsłynniejszych na całe Niemcy jarmarkiem bożonarodzeniowym.


O owym jarmarku słyszałam już przeróżne opowieści, które tylko powiększały mój apetyt na wizytę. Gdy w końcu w tym roku jechałam, by osobiście go zobaczyć cieszyłam się jak małe dziecko. Nie rozczarowałam się. Apetyt został nie tylko zaspokojony: było tak cudnie, że niewiele mi teraz brak do osoby uzależnionej. Zwiedziłam jarmarki bożonarodzeniowe w przeróżnych miastach, nigdzie żaden tak mnie nie urzekł, jak ten w Quedlinburgu. Co go odróżnia od innych? Przede wszystkim, że nie ogranicza się do drewnianych budek ustawionych na głównym placu względnie kilku sąsiednich ulicach. Tutaj całe miasto staje się Weihnachtsmarktem. Poza jarmarkiem w tradycyjnym wydaniu w sercu miasta, w stanowiska jarmarkowe zamieniają się poddasza, piwnice, zaadeptowano nawet ruiny dawnej kamieniczki przy Marschlinger Hof 7, która spłonęła w noc sylwestrową 2004/2005. Rozsypane po całej miejscowości 24 podwórka adwentowe nęcą smakowitą kuchnią, trunkami oraz różnymi eventami. To wszystko sprawia, że jarmark w Quedlinburgu jest swoistego rodzaju bożonarodzeniowym jarmarcznym labiryntem z tysiącem zaułków i odgałęzień.

Podwórko nr 7

Podwórko nr 14
Obok tradycyjnego grzańca

Zupa dnia: Grzaniec

skosztować można także innego trunku, który jak się okazuje należy do jednej z tradycji adwentowach w Niemczech (a myślałam, że już wszystkie są mi znane): Feuerzangenbowle. 



Jego bazą jest rum, a procedura jego przygotowania wygląda na dość skomplikowaną. Tak się składa, że w tym roku dostałam na imieniny cały potrzebny sprzęt do przygotowania tego napitku w domu. Gdy znajomy dowiedział się, że ta tradycja nie jest mi jeszcze znana zadbał od razu o wypełnienie luki w mojej wiedzy. Teraz czekam, aż Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż pokaże mi, jak się do tego całego arsenału zabrać. Chcąc mi zafundować wesję full wypas zakupił już film o tym samym tytule co nazwa trunku. Ponoć ogląda się go podczas picia Feuerzangenbowle.

"Feuerzangenbowle" na ekranie dla pijącej i niepijącej publiczności

Co jeszcze czyni Quedlinbuirg miejscem tak szczególnym w okresie oczekiwania na Boże Narodzenie? Codziennie o konkretnej godzinie w jego centrum otwierane jest okno w jednym z tam usytuowanych domów. Podobnie jak to znamy z czekoladowych kalendarzy adwentowych z tą różnicą, że tutaj zamiast garści czekoladek na zebranych czeka kolęda tudzież  bajka. W niektóre dni publiczność ma przyjemność obejrzenia krótkiego spektaklu teatralnego. Aby rozpoznać, które okno danego dnia zostanie otwarte trzeba szukać czerwonej gwiazdy.

I na koniec oczywiście dekoracja. Nawet przeróżne zakamarki są pięknie udekorowane.



Zapraszam Was zatem na krótki spacer po tamtejszym jarmarku bożonarodzeniowym:





W międzyczasie można się ogrzać przy koksowniku



Pozostałości po dawnej kamieniczce przy Marschlinger Hof 7



Na rynku przed ratuszem


O czym jeszcze nie wspomniałam? Całości dopełniają sklepiki udekorowane w bajecznym stylu.




Jeśli zatem w swoich planach macie kiedyś wypad do Niemiec na jarmark bożonarodzeniowy, mówię Wam: nie zadawalajcie się czymś, byle by było. Jedzcie do Quedlinburga!

16 listopada 2017

DPK Celle e.V.? Nie dziękuję.



Często słyszę od innych obcokrajowców: „Ty to masz dobrze! Germanistka, znasz język, znasz kulturę. Nie grożą Ci tu żadne głupie wpadki.” Ano niestety tak kolorowo nie jest. Sama myślałam, że jestem całkiem nieźle przygotowana do życia w Niemczech, a jednak kilka razy się przejechałam i to nieźle. Otwieram zatem cykl o moich wpadkach na obczyźnie. Będą to historie i śmieszne, i smutne. Dziś opowieść z tej drugiej kategorii. Jednoczećnie z góry upraszam o wybaczenie długości tekstu, ale tej historii nie da się niestety opisać w trzech zdaniach.


Nauka nr 1 – Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu

- Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. - taką reprymendą uraczyła mnie koordynatorka zagranicznych programów stypendialnych, gdy wróciłam z niemieckiego uniwersytetu z ilością punktów za odbyte zajęcia znacznie przewyższającą przeciętny dorobek pozostałych studentów. Koordynatorka wypowiadając tą jakże cenną naukę skreśliła mi 30 punktów.
- Przecież nikt mi ich nie dał za ładne oczy!- protestowałam.
- Ale nikt też nie wraca z studiów za granicą z tak długą listą wybranych przedmiotów.
- Zawsze ktoś musi być pierwszy. - odburknęłam wkurzona.  - Chciałam wykorzystać ten czas jak najlepiej.
- Ale aż tyle zajęć Pani wybrała?!
- Tak! A czy to zabronione?!
- No ja Pani aż takiej ilości punktów nie uznam. Do widzenia.
- Zamiast się cieszyć, że student chce się czegoś nauczyć, rozwijać, to go jeszcze za to karzecie. -  powiedziałam wściekła na odchodne.

Trzeba było słuchać mądrzejszych od siebie - w tym przypadku pani koordynator. Mam tą obrzydliwą cechę, że się różnymi rzeczami interesuję, a co gorsza angażuję. Moje życie byłoby łatwiejsze, gdybym cały swój wolny czas przesiadywała przed telewizorem, oddawała się ukochanemu czytaniu, łaziła na basen zamiast raz, to co najmniej trzy razy w tygodniu albo spędzała dni na malowaniu co rusz to nowych wzorków na paznokciach. Ale nie! Zajmowanie się sobą mi nie starcza i tak w miejsce tyłka musiałam wstawić sobie twardą metalową blachę.

Nauka nr 2 – Skoro mówią ci, że parzy, TO PARZY!


Fragment strony jednego z podręczników o działalności charytatywnej Niemców

Niemcy angażują się niezwykle liczebnie w najprzeróżniejszych stowarzyszeniach oraz organizacjach i są z tego bardzo dumni. Nawet w podręcznikach do języka niemieckiego temat ten podejmują specjalne czytanki, w ramach przybliżania obcokrajowcom mentalności tutejszej ludności. Ogólnie bardzo podoba mi się ta ich cecha. Podczas, gdy u nas cały czas bije się na alarm, że jesteśmy społeczeństwem zbyt mało obywatelskim, to Niemcy zdają się nie żałować czasu, sił i energii, by dorzucić swoją cegiełkę na rzecz ogółu. Niestety kolorowo przestaje być, gdy człowiek już się znajdzie w szeregach niektórych z tych stowarzyszeń. Przykre doświadczenia zebrali nasi niemieccy przyjaciele, a i my z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem mieliśmy pecha nadziać się na ludzi w naszym odczuciu wyjątkowo nieprzyjemnego sortu, mianowicie na kierujących stowarzyszeniem Deutsch-Polnischer Kulturkreis Celle [Niemiecko-Polskie Stowarzyszenie Kulturalne Celle].


Gdy dowiedziałam się o istnieniu tego stowarzyszenia, tradycyjnie dla mnie pobiegłam tam w radosnych podskokach uznając, że chętnie zaoferuję swoją pomoc, wiedzę i doświadczenie w budowaniu przyjacielskich relacji sąsiedzkich między naszymi krajami. W końcu od lat działam w tej sferze na kilku płaszczyznach!

Stowarzyszenie założyła mieszkająca od okoła 30 lat w Niemczech Ewelina Biermann-Firek (jako, że członkowie zarządu są za sprawą swojej działalności osobami publicznymi, podaję pełne nazwiska). Od lat też niezmiennie stoi na jego czele. W zarządzie zaś zasiada jej mąż, były nadburmistrz Celle Martin Biermann, odznaczony Orderem Zasługi Rzeczypospolitej przez Prezydenta RP. Mniemać zatem można było, że przystępując do stowarzyszenia będę miała okazję działać na rzecz fantastycznej sprawy w dość doborowym towarzystwie.Wprawdzie rodacy na forum „Polacy w Niemczech” bardzo mi odradzali jakiekolwiek relacje z tymi ludźmi, ale ja, w całej swojej niepoprawności, mam tą drugą okropną cechę, że nie zdaję się tak łatwo na opinie innych, tylko muszę sama sprawdzić, powąchać, polizać. Zwłaszcza, że niektóre z ostrzeżeń brzmiały wprawdzie odstraszająco, niemniej poza informacjami typu "to nie są mili ludzie" nie szły za nimi żadne konkretne fakty.
Mam zatem za swoje. Gdy byłam brzdącem babcia ostrzegała, że tzw. „słonko” grzejące w łazience parzy. Nie wystarczyło. Musiałam sprawdzić to na własnej skórze… Mniej więcej taką powtórkę z rozrywki przeżyłam w DPK Celle. Co gorsza za moją sprawą poparzony został i Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż, który chciał dorzucić swoją cegiełkę na rzecz lepszego zrozumienia między naszymi narodami.

Co ludzie powiedzą?

Pamiętacie brytyjski serial „Co ludzie powiedzą?”? Mniej więcej podobnie opisałabym DPK Celle wraz z stojącą na czele, niczym Hyacinth Bucket, przewodniczącą.
Teoretycznie stowarzyszenie ma dobry PR, dlatego też tak sceptycznie odniosłam się do bardzo negatywnych wypowiedzi innych Polaków o nim. „Ach, my Polacy zawsze znajdujemy dziurę w całym.” – pomyślałam sobie. W sieci znaleźć można tylko pochlebne artykuły o działalności tejże instytucji. Gdy się jednak zwróci uwagę na autora, to okazuje się, że wiele z nich zostało napisanych przez osoby z jej kierownictwa względnie, że tekst został nadesłany. Możliwości zostawienia komentarza prawie nie ma, a jeśli się już pojawią jakieś krytyczne opinie o stowarzyszeniu, to znikają one w tajemniczy sposób. Na początku naszej przygody tej wiedzy jednak nie posiadaliśmy. Była za to pani Biermann-Firek, która wygłaszała długachne przemowy, jak rzekomo aktywną i co ważniejsze poświęconą sprawie organizacją jest  DPK Celle. 


A co za piękną fasadą?

Pierwszym sygnałem, że tak demokartycznie i sielsko wśród nowych znajomych nie jest były zastanawiające wypowiedzi Martina Biermanna wygłoszone w rozmowie podczas jednego ze spotkań stowarzyszenia. Składała się na to min. opinia, że osoby bezdzietne powinny być pozbawione emerytury. Piękną stroną demokracji jest to, że daje każdemu prawo do własnych poglądów, niemniej odczuwam pewien dysonans i nieszczerość intencji, gdy osoba publiczna podczas oficjalnych przemówień staje na straży demokracji i negatywnie odnosi się do przestępstw III Rzeszy, a podczas dyskusji z członkami stowarzyszenia rzekomo integracyjnego pozwala sobie na tego typu komentarze. Jakie spektrum tematów nt. równości w społeczeństwie; lekceważonym wkładzie osób bezdzietnych na rzecz kształcenia przyszłych pokoleń; prawa obywateli do własnego modelu życia; wykluczeniu osób bezpłodnych; miejscu w życiu społecznym grup homoseksualnych itd., itd. taka wypowiedź otwiera, mówca - choć adwokat - chyba nie zdawał sobie sprawy, jako że na wymienione kontraargumenty nie umiał znaleźć odpowiedzi.
Okazuje się jednak, że odznaczony Orderem Zasługi Rzeczypospolitej miał już w przeszłości problemy z wyartykułowaniem się w sposób, jaki oczekiwałoby się od polityka stojącego na straży najwyższych wartości państwa demokratycznego. Pod koniec lat 90-tych w Celle zarysowało się dość silnie wrogie nastawienie wobec obcokrajowców. Przyczyniły się do tego informacje o kupowanych w mieście przez Kurdów nieruchomościach. Martin Biermann pozwolił sobie wówczas na zdaniem prasy komentarze wątpliwej jakości wobec Jezydów i Kurdów. Różne gazety zarzuciły mu żonglowanie liczbami, na które się powoływal; podawanie niesprawdzonych wiadomości; podgrzewanie atmosfery wrogości wobec wymienionych powyżej grup. Do historii zapisała się min. jego wypowiedź o dwóch cieniach przed domem dla uchodźców, przed którymi postanowił uciec (cytowana min.: przez „Focus” nr 13 w 1998, przypomniana min. przez „Welt N24” w 2012.). Ówczesny przewodniczący „Celler Kulturvereins“ Emina Berse zarzucał nadburmistrzowi Celle, że takimi wypowiedziami dyskriminuje wszystkich Kurdów i dorzuca iskry do wrogości wobec obcokrajowców. O tym wszystkim jednak przystępując do stowarzyszenia także nie wiedzieliśmy. Podobnie nieznany był nam fakt, że były nadburmistrz Celle nie zawsze pałał tak wielką miłością do Polski. W przeszłości był wielkim fanem Rosji. Fascynacja ta miała zmienić swój kierunek, gdy i wiatr w jego życiu zawiał trochę inaczej. Nie jest to jednak miejsce, by się rorzewniać nad jego prywatnymi sprawami. Jakie wspomnienia pozostawił wśród mniejszości rosyjskojęzycznej w regionie? Poznane przeze mnie osoby wypowiadały się raczej z rozgoryczeniem o jego zachowaniu w stosunku do zwykłych ludzi chcących coś w tamtych czasach zdziałać.
Kolejną porażką okazała się tak szeroko opiewana w wypowiedziach i w internecie aktywność DPK Celle. Z ponad stu członków na spotkaniach pojawiało się zawsze ok. dwadzieścia tych samych twarzy, głównie czekających, żeby zagospodarować im czas, samym zaś wykazujących niezwykle mało inicjatywy, aby wyjść na forum publiczne z jakąś ciekawą ofertą. Nie wspominając już o kilku osobach, które Polską i umacnianiem wzajemnych relacji zdawały się nie być zainteresowane, za to miałam poczucie, iż przychodziły na spotkania, by wyżyć swoje resentymenty za utraconymi ziemiami.

 Kwidzyń, bardziej znany jako Marienwerder

File:Ordensburg marienwerder.jpg
"Deutsche Kultur des Mittelalters in Bild und Wort", Dr. Paul Herre. opublikowane przez "Quelle & Meyer" Lipsk 1912, This work is in the public domain in the United States,
{PD-US}


A potrzeba działań integracyjnych na szerszą skalę w regionie naprawdę aż woła o bycie w końcu dostrzeżoną. Dla wielu mieszkańców opisanych okolic Odra stanowi niemalże granicę z Azją. Będąc nadburmistrzem Celle Martin Biermann podpisał umowę partnerską z Kwidzyniem, ale w ostatecznym rozrachunku o samym Kwidzyniu mało co kto tam wie. Najwyraźniej zabrakło działań edukacyjnych. Wygląda, że insytucje miejskie zbytnio nie zadbały o nie, a DPK Celle nie pofatygował się wypełnić tej luki. Co prawda można przeczytać w internecie o jakiś wydarzeniach z nazwami Celle i Kwidzyń w tle, niestety nie przekładają się one na pogłębieniu wiedzy o „partnerze” wśród przeciętnych mieszkańców Celle. Przez całe lata do stałego elementu krajobrazu miasteczka w Dolnej Saksonii należała tamtejsza reklama zapraszająca na wystawę o niemieckich czasach Kwidzynia. Oczywiście, nie chodzi o to, by wymazywać teraz ten fakt z podręczników, ale żyjemy w XXI w., więc można było chociaż stworzyć afisz w stylu „Kwidzyń kiedyś i dziś.”. Tak jednostronne podejście do miasta partnerskiego denerwowało mnie i nie wiem, czy to za moją sprawą, czy też nie, ale wreszcie po czterech latach stara reklama w końcu znikła.
Jednak nie tylko historia afisza reklamującego wystawę o Kwidzyniu pokazuje wielkie deficyty w sposobie patrzenia na dzisiejszą Polskę (i inne kraje na Wschodzie) wśród mieszkańców Celle. Katalogi oferujące wycieczki do Prus Wschodnich, czy plakaty zapraszające na relację z ostatniej podróży do Prus Wschodnich to tam niemalże norma. 


W parku w aleji drzew zasadzonych przez mieszkańców miasta drzewo ufundowane przez Martina Biermanna
 
rośnie nieopodal drzew zasadzonych przez:
Landsmanschaft Ostpreußen  [Ziomkostwo Prus Wschodnich],


Aus Treue zur Heimat Landsmanschaft Pommern und Schlesien [Z wierności do Ojczyzny: Ziomkostwo Pomorza i Śląska


oraz Aus Treue zur Heimat Bund der Vertriebenen [Z wierności do Ojczyzny: Związek Wypędzonych].


 


Pomnik ofiar „Celler Hasenagd” [„Polowania na króliki w Celle“] co roku na Wszystkich Świętych odwiedzaliśmy z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem z własnej inicjatywy. Jeśli pogoda pozwoliła staraliśmy się go też trochę ogarnąć. Zawsze też wieczorem 1 listopada zapalaliśmy na nim znicze. Tylko my. Nikt inny się nie pofatygował przez te wszystkie lata, by tego dnia zapalić na nim świeczkę...



Z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem chcieliśmy, by DPK Celle wyszedł do lokalnej społeczności. By jego działalność nie opierała się na spotkaniach w kółku wzajemnej adoracji, tylko by zaciekawić jego ideą mieszkańców miasta. Gdy my przystąpiliśmy do DPK Celle znajomi się z nas podśmiewali i raczyli niewybrednymi żartami o geriatrykach. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że członkami stowarzyszenia są głównie starzy ludzie (co świetnie obrazują zdjęcia na ich stronie z różnych eventów). Pani Biermann-Firek powtarzała wpawdzie w kółko, że bardzo jej zależy, aby stworzyć organizację wielopokoleniową, jednocześnie stowarzyszenie nie robiło nic, by przyciągnąć przedstawicieli innych grup wiekowych. Odnosiło za to sukces w ich odstraszaniu. Chcieliśmy to zmienić. Na przeróżne nasze pomysły przewodnicząca reagowała wprawdzie z zachwytem, jednak te zaraz po ich oklaskaniu zdychały.

Niczym słaby dramat o pseudokulturze dialogu

Tragedia w trzech aktach zaczęła się na jakiś czas przed zapalnowaną dla członków stowarzyszenia wycieczką do Polski. Za jedną krytyczną uwagę, jaką zgłosiłam w związku z jej organizacją (nie podobał mi się pomysł, aby oprowadzania po centralnej Polsce robił nieznający jej Niemiec) zostaliśmy wspólnie z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem (niemalże w myśl stosowanego w wielu reżimach prawa współodpowiedzialności członków rodziny) najpierw oczernieni przez przewodniczącą przed resztą zarządu, co uczyniła odpowiadając publicznie na moją prywatną wiadomość do niej, w której przekręciła moje słowa względnie włożyła mi do ust nie moje wypowiedzi, a następnie mimo moich prób wyjaśnienia sytuacji wbrew wszelkim statutom organizacji zostaliśmy obydwoje z niej wydaleni. Mogłabym zrozumieć takie zachowanie, gdybym pozwoliła sobie na obelżywe i wulgarne słowa pod adresem organizatorów inicjatywy. Tak jednak nie było. Aby nie było, że wymyślam, co mi ślina na palec przyniesie, to dla potwierdzenia moich słów zachowałam całą korespondencję z przewodniczącą i zarządem stowarzyszenia.
Każdy sensownie myślący człowiek pomyśli „Ale o co ta cała afera?”. Okazuje się, że w kraju, w którym co krok ludzie wycierają sobie gębę, w jakiej to rzekomej kulturze dialogu żyją, nie do końca znają definicję tego pojęcia. Glindzenie jest jak najbardziej mile widziane (pamiętacie post, w którym opisywałam, jak przez kilka lat podejmowano w jednej z niemieckich szkół decyzję o zakazie używania telefonów komórkowych? "Awantura o liście"), ale nie krytyka. Z krytyką Niemcy zazwyczaj sobie średnio radzą.

W swojej książce „Viva Polonia” Steffen Müller nieumiejętność bezpośredniej rozmowy o problemach zarzuca nam, Polakom. Ale jak Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż zauważył, autor pochodzi z Zagłębia Ruhry, a tam według jego słów ludzie są do bólu szczerzy.
- To region rodzin robotniczych. Tam ludzie mówią wprost to co myślą. Niestety nie wszędzie u nas to norma. - wyjaśnił mi.
Ilustracja
Zdjęcie: Markus Hassler. Zdjęcie udostępnione przez autora na Wikimedia na podstawie licencji CC-BY-SA 3.0


 

Ogólnie uważam, że Steffen Müller rewelacyjnie rozwikłał polską mentalność. Poza jedną rzeczą: nieumiejętności rozmowy o kwestiach problematycznych. Moje wieloletnie doświadczenie w Niemczech i z Niemcami pokazało mi wręcz coś odwrotnego. W rozmowach na sporne tematy jesteśmy w porównaniu do naszych sąsiadów za Odrą wręcz mistrzami. Nie znaczy to, że potrafimy zawsze konstruktywnie rozmawiać o problemach. Często stajemy się emocjonalni. Kłócimy się, naskakujemy na siebie, stłuczemy nieraz przy tym kilka talerzy, a język potrafimy stoczyć do rynsztoka, ale przynajmniej człowiek wie, na czym stoi i często atmosfera po takim wybuchu jest oczyszczona. Strony konfliktu albo dochodzą do konsensusu, albo się rozchodzą w różnych kierunkach, a jeśli już muszą ze sobą dalej wytrzymać, to przynajmniej jest jasne, że się nie znoszą. Takie są przynajmniej moje doświadczenia zebrane na przestrzeni ponad trzech dekad nad Wisłą. Dziś już wiem, że zgłaszając swoją uwagę odnośnie organizacji wspomnianej wycieczki mój błąd polegał na założeniu, iż z panią Biermann-Firek mogę otwarcie porozmawiać. Tak „po polsku”. Przeoczyłam fakt, że ona przybyła do Niemiec jako młoda dziewczyna. W dorosłym życiu kształtowała ją już niemiecka kultura i dziś funkcjonuje bardziej według tamtejszej mentalności.

W Niemczech w stosunkowo wielu regionach ludzie wszelkie krytyczne uwagi niezwiązane z nimi, jako osobą biorą od razu osobiście. Ich zranione „ego” często nie pozwala im na rozmowę. Setki razy obserwowałam, jak mieszkańcy za Odrą nie potrafili oddzielić sedna sprawy od poczucia osobistej obrazy. Pół biedy, gdyby przestawali się odzywać. „Koniec bajki i cześć” można by zaśpiewać. Nie, dla wielu zaczyna się czas rycia pod krytykującym. Pewnego dnia budzisz się po prostu z nożem w plecach. Potrzebowałam kilku lat w Niemczech, żeby zrozumieć, czemu jeszcze pracując w Polsce uśmiechający się przyjaźnie do mnie i kolegów Niemcy potrafili obsmarować nas przed szefem z taką perfidią, że aż w oczy kłuła ich żądza pozbawienia nas pracy. W ogóle tego nie rozumieliśmy, dlaczego osoba, z którą masz dobre kontakty i która nawet nic na tym nie zyska zachowuje się w taki sposób. Wejście między wrony i obserwowanie je z bliska pozwoliło mi ten ewenement w końcu zrozumieć, Tamci Niemcy mieli z nami jakiś problem, ale nie umieli powiedzieć nam tego wprost. Gdy o swoich obserwacjach i doświadczeniach rozmawiałam potem z mniej i bardziej zaprzyjaźnionymi Niemcami to mogłam obserwować niezwykle ciekawe reakcje, w zależności od zakątka ich pochodzenia:
Wessis z północy: Przecież to normalne.
Wessis z południa: Na południu jest jeszcze gorzej. Tam to dopiero ludzie potrafią sobie nawzajem rujnować życie.
Wessis z Zagłębia Ruhry (Pot): Jeden wielki koszmar.
Ossis: Straszne! Jak Wy możecie w ogóle pośród takich ludzi żyć? Współczucie. Ale prawda jest taka, że i u nas tak otwarcie o konfliktach się nie rozmawia, tyle że ludzie nie bawią się w taką perfidię.
Berlińczycy: To okropne! Niestety tacy jesteśmy.

Niemiec żyjący w UK: A to mnie zaskoczyłaś, bo po moich doświadczeniach zebranych w Wilkiej Brytanii mam poczucie, że to my Niemcy jesteśmy niezwykle bezpośredni.

My mieliśmy to nieszczęście, że przyszło nam żyć pośród jak ich nazywam „ryjących” Niemców. Urażony w swojej dumie zarząd DPK Celle nie zachował się inaczej. Podejmowane z naszej strony próby spokojnej rozmowy o zaistniałym problemie/nieporozumieniu były ze strony zarządu blokowane. Czy to nie kłóci się czasem z hasłami otwartości, którymi stowarzyszenie na stronie internetowej tak się hołubi? Tym smutniejsze, że w zarządzie zasiada odznaczony Orderem Zasług Rzeczypospolitej Martin Biermann. Jak dla mnie wyraz bankructwa człowieka, który rzekomo tak wielką pracę włożył na rzecz lepszego zrozumienia między Polakami, a Niemcami.

Czekaj, ja ci pokażę!

Pal diabli. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem postanowiliśmy trzymać się z dala od tak zakłamanej organizacji jaką w naszym odczuciu okazał się być DPK Celle. Tak proste to jednak nie było. Trzy miesiące po całym incydencie Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż został wezwany przez swojego szefa na rozmowę w sprawie nieprzyjemności w stowarzyszeniu. Dziwnym trafem za rozmową poszły potem i pewne problemy w jego pracy, w wyniku których przy najgorszym obrocie sprawy mógł nawet stracić swoją posadę. Trudno nie podejrzewać w takim przypadku swoistego rodzaju zemsty, bo mężowi powiedziano wtedy wprost, że w tych kręgach „nie ma nic prywatnego”.

Jako, że za sprawą niektórych osób poznanych w szeregach stowarzyszenia doszło do nas, jak fragmentarycznie nasza wiadomość skierowana do zarządu została przeczytana ogółowi, w jak  skrzywionym świetle cały rozdmuchany przez nich konflikt został przedstawiony, postanowiłam wykorzystać platformę na miejskim blogu, by opisać nasze doświadczenia z tą organizacją. To było właściwie jedyne miejsce, gdzie po oczernieniu (bo inaczej tego moim zdaniem nie można nazwać) mogliśmy przedstawić swoją wersję. Dziwnym trafem opublikowany przeze mnie artykuł został dwa razy przez kogoś usunięty, a w moim koncie poczyniono dziwne ustawienia nie pozwalające na publikowanie tekstów. Ciekawe, nieprawdaż? Właśnie tak wyobrażałam sobie zawsze kulturę dialogu...

Der Ossi ist schlau und stellt sich dumm, beim Wessi ist anders rum

[Niemiec Wschodni jest mądry i gra tylko głupiego, z Zachodnimi jest na odwrót] powiada jedno ze wschodnioniemieckich przysłów. Chyba coś w  tym jest. Ile to już razy przeżyłam, jak taki Wessi nie miał zbytniego pojęcia na dany temat, ale się wymądrzał, pouczał innych. Nie znał drogi, ale on wszystkich poprowadzi (ostatecznie wylądowaliśmy wszyscy na skraju jakiegoś lasu, w pipidówku). Patrząc z perspektywy czasu widzę teraz, że próbując zastosować posiadaną przeze mnie wiedzę strzelałam sama sobie w kolano, bo część osób odbierała to jako moją próbę zdetronizowania ich świętej instancji. A ja głupia myślałam kolektywnie. „Co dwie głowy, to nie jedna.”.
 


„Im zależy tylko, żeby stać na scenie i dawać się oklaskiwać.” – tak brzmiała inna z przestróg od Polaków odradzających mi kontakty z DPK Celle. Gdy dziś zastanawiam się nad zasadą funkcjonowania tego stowarzyszenia, to choć kiedyś w to nie mogłam uwierzyć, dziś podpisałabym się pod tymi słowami. 
Ich działalność polega w głównej mierze na spotykaniu się w swoim gronie, gdzie każdy może zaprezentować się na scenie: muzycznie, z jakimś wykładem, pokazać obraz, opowiedzieć o swoich wakacjach, o swojej pracy charytatywnej w obozie dla uchodźców itp. Potem wszyscy się oklaskują i idą do domu. Dwa razy do roku stowarzyszenie organizuje sprzedaż ciast, a zebrane datki przekazuje przed fleszem aparatu hospicjum (na które w regionie co drugi sklep zbiera pieniądze). Według donosów prasy czasem przewodnicząca występuje w roli artystki organizującej warsztaty dla dzieci z Kwidzynia. Pewnie to prawda, bo jakieś dziecięce buzie są widoczne na kilku zdjęciach, niemniej ja razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem przez 14 m-cy intensywnych kontaktów ze stowarzyszeniem, żadnego dziecka objętego jakimkolwiek programem tam nie widzieliśmy. Raz na jakiś czas przewodnicząca zadba o spotkanie z dobrze wyglądającą na zdjęciu osobą (ostatnią zdobyczą stowarzyszenia jest zdjęcie z Lechem Wałęsą) i na koniec zasada najważniejsza: eventy organizowane przez panią Firek są EKSKLUZYWNE, jak w wielu zaproszeniach i opisach jest to podkreślane. Zakładam, że będąca z wykształcenia biblitekarka jest osobą oczytaną i wie, iż słowo to obok pojęcia luksusowy oznacza także „przeznaczony dla ograniczonej liczby”, „odróżniający się od ogółu”. Pasuje jak ulał do stowarzyszenia, którego nadrzędnymi ideami mają być równość i integracja...

Od każdej reguły jest wyjątek – patrz: Steffen Müller


Nie mogłam się powstrzymać i napisałam list do Steffena Müllera. Odniosłam się w nim do jego opinii na temat nieumiejętności Polaków, by otwarcie rozmawiać o problemach i jak ja na tej rzekomej umiejętności Niemców się przejechałam. Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż miał rację – ludzie z „Potu” (Zagłębia Ruhry) są inni. Wyczuwam to zawsze, gdy kogoś stamtąd poznaję. Pan Müller to niezwykle miły, otwarty i przede wszystkim gotowy do trudnych rozmów „Wessi”. Szkoda, że Pot to nie całe Niemcy.


To za co ten order?

Autor: Rząd polski. Źródło: Wikipedia Dziennik Ustaw RP nr 90/1992 poz.452 (This image is in the public domain according to Article 4, case 2 of the Polish Copyright Law Act of February 4, 1994 (Dz. U. z 2017 r. poz. 880 with later changes) 


Jeszcze smutniejszy jest fakt, że jest w tym kraju człowiek, który zdaje się nie rozumieć, iż odznaczenie nadane przez polskiego Prezydenta do czegoś zobowiązuje. Mentalność mentalnością, ale pierwszym zadaniem osoby budującej most między dwoma krajami powinna być gotowość komunikacji, chęć wsłuchania się w głos rozmówcy. Przynajmniej próba wzajemnego zrozumienia się, a nie uciszanie tych, którzy nie pasują do wydumanego przez siebie obrazka. 

Czego nauczyła mnie ta cała historia? Teoretycznie banalnej rzeczy, coś co teoretycznie wiedziałam, a jednak przez naiwną wiarę w wyższe wartości zlekceważyłam. Pojęcie jednej rzeczy ma różne definicje w różnych kręgach kulturowych. Mi jednak prostodusznie gdzieś w tyle głowy siedziało przekonanie, iż istnieją pewne pojęcia uniwersalne, że przykładowo taka szczerość oznacza wszędzie to samo. Właśnie na tej idealistycznej wierze przejechałam się w pierwszych latach życia w Niemczech. To co ja jako Polka rozumiem pod pojęciem szczerej, otwartej rozmowy może być dla Niemca z Zagłębia Ruhry niewystarczające. A to co dla innego Niemca jest szczytem szczerości nie wychodzi dla mnie poza ramy zakłamania, bo nawet w obrębie tego samego kręgu kulturowego takie kwestie jak szczera rozmowa mogą być zupełnie inaczej definiowane. Tylko, aby to pojąć trzeba chcieć zrozumieć. Ja drążyłam temat. Chciałam zrozumieć. Byłam gotowa wysłuchać ludzi, którzy swoim - na moje polskie przyzwyczajenie - nieszczerym zachowaniem zrobili mi krzywdę. W końcu bez dialogu nigdy nie zacznie się wzajemna nauka. Na swoich wyobrażeniach o partnerze oraz własnym rozbuchanym ego nie da się zbudować niczego. I dlatego dziś wątpię, by DPK Celle chciał coś zbudować poza ładnie wyglądającą otoczkę. Zmarnowany potencjał, na którym w blasku swoich zdjęć i odznaczeń opala się dość nieruchawa grupka. W ostatecznym rozrachunku traci lokalna społeczność. Szkoda.

 Można inaczej? Można!

Dla chcącego nic trudnego! Nie trzeba być w żadnym stowarzyszeniu, aby dorzucić coś od siebie na rzecz sprawy, która leży nam na sercu. Oczywiście fajniej by było mieć za sobą wsparcie jakiejś sensownej grupy. W końcu razem można zdziałać więcej, ale skoro nie ma tego, co się chce, to się lubi, co się ma. Razem z Najcudowniejszym Pod Słońcem Mężem nie zrezygnowaliśmy z przybliżania Niemcom Europy Środkowo-Wschodniej. Zorganizowałam Salon Literacki, w ramach którego prezentowałam literaturę z naszych zakątków Europy. Podczas wieczorów gier historycznych nasi zagraniczni goście mogli się lepiej zapoznać z dziejami  kraju mojego pochodzenia. Wspólnie z mężem pracowaliśmy nad programem czesko-niemieckiego projektu. Obecnie opracowujemy projekt wymiany młodzieży z Polski i Niemiec. To, że te rzeczy dochodzą do skutku to niesamowita zasługa zastępu ludzi – zaangażowanych osób prywatnych, nauczycieli i pracowników fundacji, które naprawdę chcą coś zdziałać. Świat pewnie nigdy się o nich nie dowie. Wielu z nich chce pozostać osobami anonimowymi. Nie dostaną odznaczenia od Prezydenta Polski, nie będą świecić w internecie na zdjęciach z różnymi prominentami, choć mają w moim odczuciu  o wiele większy wkład w budowaniu mostu wzajemnego porozumienia między Europą Wschodnią, a Zachodnią niż stowarzyszenie, któremu poświęciłam dziś tu tyle uwagi. Chyba wręcz za dużo, jeśli by porównać, ile uwagi oni poświęcają innym. Gdy znajoma nauczycielka prowadząca projekt wymiany z polską szkołą napisała do DPK z pytaniem o ewentualną współpracą nie uraczyła nawet krótkiej odmownej odpowiedzi. Została po prostu zignorowana. Pewnie uznali, że marnie wyszłyby z nią zdjęcia na stronę internetową.


Epilog


12.11.2017, Braunschweig.

Dzień Kultury Polskiej w Brunszwiku (dla porównania - z ponad rocznej bytności w DPK Celle nie mam ani jednego zdjęcia, bo po prostu nie miał miejsca żaden event godny sfotografowania)


Polsko-niemieckie stowarzyszenie Poldeh pod kierownictwem pani Justyny Stafaniak – Gbogbo i Anny Anety Bertram zorganizowało Dzień Polskiej Kultury. Każdy jest mile widziany. Stowarzyszenie chce dać mieszkającym w Braunschweigu Polakom szansę poznania siebie nawzajem, a Niemcom i przedstawicielom innych kultur opowiedzieć o Polsce oraz zaprezentować kulturę tego kraju. Uroczystość otwiera Marsz Dąbrowskiego. Potem słuchamy Chopina oraz muzyki współczesnej. Na scenie występują przedstawiciele każdej generacji. Panie ze stowarzyszenia ugotowały tony bigosu, zrobiły pierogi i zadbały o polskie piwo. Jest miło, przyjaźnie, kolorowo. Jednym słowem robią to, o co przez rok bezowocnie walczyłam w DPK Celle.
Wchodzę na stronę stowarzyszenia. Niezwykle prosta. Na pierwszym miejscu lista spraw, w jakich pomagają rodakom. To przy okazji szukania informacji na zupełnie inny temat odnajduję przypadkiem w wiadomościach polonijnych informację o odznaczeniach dla prowadzących stowarzyszenie. Nie uznały jej za dostatecznie ważną, by umieszczać ją na swojej stronie. Na fb dumne zdjęcie grupki osób z miotłami, widłami i wiadrami – to ze sprzątania grobów polskich dzieci pomordowanych podczas II wojny światowej.
Po moim „tête-à-tête“ z DPK Celle obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przystąpię do żadnego stowarzyszenia. Jestem, jak to się mówi po niemiecku „erfahrungsresistent” (odporna na naukę z zebranych doświadczeń). Już umówiłam się na spotkanie.